Gdy drzwi samochodu wojennej policji
zatrzasnęły się za nami po raz ostatni, zgodnie stwierdziliśmy, że pora coś
przekąsić. Według autostopowej jednostki czasu ostatni posiłek mieliśmy 3
samochody temu, a więc był już czas najwyższy, żeby żołądki zaczęły nam o sobie
przypominać. Jeśli byłoby inaczej, to poważnie bym się zmartwiła. :) Zatem
nasze pierwsze kroki w Goris skierowaliśmy do sklepu, co było doskonałym
posunięciem, gdyż pani sklepowa była na tyle miła, by zupełnie bezinteresownie
obdarować mnie jakimiś drobnymi gruszko podobnymi owocami. Vitalij zaopatrzył
się natomiast w pomarańczę, a że dawno tego owocu nie jadł, to aż się palił, by
zacząć konsumpcję. Dlatego też już po kilku minutach od opuszczenia sklepu
siedzieliśmy na jakimś wzgórku, tuż przy drodze. W spokoju jedliśmy i
przyglądaliśmy się gorisowskim domostwom. Czasu na beztroskie gapienie się
przed siebie tego dnia mieliśmy sporo, bo była dopiero 15.00, a do Michała i
Grześka zawitać mogliśmy dopiero około 18.00. Co prawda chcieliśmy tego dnia
jeszcze zobaczyć tą część miasteczka, którą określa się jako Stary Goris, by
następnego dnia z rana ruszyć prosto do Tatev, ale z racji tego, że sami sobie
organizowaliśmy tą wycieczkę, to w sumie nic nas nie ponaglało. Wcinaliśmy więc
sobie owoce w najlepsze, nie przejmując się zupełnie resztą świata, aż tu nagle
za naszymi plecami zatrzymał się jakiś samochód. Opuściła się przyciemniana
szyba i rozległo się po raz kolejny już tego dnia ormiańskie wołanie, za pomocą
którego nieznajomi chcieli się dowiedzieć, czy nam pomóc. Grzecznie
podziękowaliśmy, bo przecież byliśmy szczęśliwie w trakcie posiłku. Samochód
odjechał, ale po chwili znowu się znalazł w tym samym miejscu co poprzednio. „A
co chcecie tu robić?” – brzmiało tym razem pytanie. „Zobaczyć Stary Goris”-
brzmiała tym razem nasz odpowiedź, po której nastała chwila ciszy. Chłopacy
najwyraźniej się nad czymś zastanawiali – „To wsiadajcie, my tylko coś
załatwimy i podjedziemy tam” – usłyszeliśmy ostatecznie. „W sumie, to czemu
nie?”-wypaliłam, Vitalij przytaknął i rozpoczęliśmy kolejną przygodę.
piątek, 30 listopada 2012
środa, 28 listopada 2012
Autostopem do Goris - podróż w czasie.
Uwaga! Ten wpis, jest kontynuacją tego wpisu!
Autostopowanie rozpoczęliśmy w sobotę 17.11 z samego
rana. Najpierw musieliśmy się przedrzeć przez miasto, co do łatwych rzeczy nie
należało, by w końcu wylądować na drodze wiodącej z Erywania na południe
Armenii. Z racji tego, że w tym kraju nie ma niezliczonej liczby dróg, to
mogliśmy wsiadać do każdego samochodu, bo wszyscy przynajmniej przez jakiś czas
swojej podróży zmierzali w kierunku Goris.
Pierwszy autostop złapaliśmy niemalże w locie, bo ledwo co wysiedliśmy z
autobusu, a już nas przyuważono. Usadowiliśmy się więc wygodnie i ruszyliśmy w
drogę z Arszakiem i jego mamą. Oboje doskonale mówili po rosyjsku, więc trochę
sobie podyskutowaliśmy. Mama Arszaka opowiedziała nam o wojnie z
Azerbejdżanem i o tym, jak dobrze jej się żyło w czasach Związku Radzieckiego,
co z mojego punktu widzenia było ciekawym doświadczeniem. Jazda w ich
towarzystwie miała jeszcze jeden plus – Arszak zatrzymywał się wszędzie, gdzie
tylko pisnęłam z zachwytu, będąc pod wrażeniem widoków, więc w sumie co chwilę
i dzięki temu mogłam pstrykać zdjęcia do woli. A było czemu – cała droga na
południe wiedzie przez góry, czasami wręcz wrzyna się w ogromne skały, tak ogromne, że człowiek
zaczyna czuć jak malutkim go stworzono.
wtorek, 27 listopada 2012
Autostopem do Tatev - wstęp.
Rzadko nie mogę opanować myśli przed snem. Najczęściej o
wszystkim myślę świadomie, jednak raz na jakiś czas dopada mnie coś, co
nazwałabym pokazem zdjęć, które udało się zrobić mojemu mózgowi, podczas
jakiejś długo wykonywanej czynności. Pamiętam, jak raz przytrafiło mi się coś
takiego kilka nocy z rzędu w podstawówce, gdy dzielnie wyszywałam pracę na
konkurs. Nic innego przed snem wtedy nie oglądałam, jak kanwę i wyszywane
wzory. A w nocy notorycznie śniło mi się że jestem w labiryncie i uciekam przed
wściekłą, olbrzymich rozmiarów igłą z nitką. ^^ Innym razem nie mogłam zasnąć
bo w głowie miałam irytujący obraz truskawki – akurat był sezon i przez pół
dnia je zbierałam. Ale ostatnio, gdy mój umysł bez pytania o zgodę zaserwował
mi pokaz zdjęciowy, to była to przyjemna sprawa – góry, góry, góry i piękny
zachód słońca. Wszystko to, co oglądałam przez cały dzień. Wszystko to, co było
tak piękne!
poniedziałek, 26 listopada 2012
Uwaga! W tym poście daję upust swoim emocjom!
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Właśnie tak brzmiała moja reakcja, gdy po dwudniowej nieobecności na blogu zobaczyłam, ile osób przeczytało w tym czasie post o pocztówkowej akcji!!!! Wszystkim, którzy chcą nas wesprzeć, przeogromnie dziękuję! Może się wydawać, że mam jakiegoś bzika na punkcie tego projektu, który jest tylko pocztówkową inicjatywą, a nie akcją ratującą ludzkie życia. Ale... ale ja znam te dzieci i wiem, jak bardzo one chcą mieć kontakt ze światem. Jak bardzo ciekawe są jak wygląda życie w innych miejscach niż ich malutka, zamknięta od wschodu i zachodu, Armenia. Dlatego jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję!
Właśnie tak brzmiała moja reakcja, gdy po dwudniowej nieobecności na blogu zobaczyłam, ile osób przeczytało w tym czasie post o pocztówkowej akcji!!!! Wszystkim, którzy chcą nas wesprzeć, przeogromnie dziękuję! Może się wydawać, że mam jakiegoś bzika na punkcie tego projektu, który jest tylko pocztówkową inicjatywą, a nie akcją ratującą ludzkie życia. Ale... ale ja znam te dzieci i wiem, jak bardzo one chcą mieć kontakt ze światem. Jak bardzo ciekawe są jak wygląda życie w innych miejscach niż ich malutka, zamknięta od wschodu i zachodu, Armenia. Dlatego jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję!
Kolacyjka...
-Nieprawda! Łukaszewicz był Ormianinem!
-Nie mam pewności, nigdy nie trafiłam na taką wzmiankę. –
dyskusja po rosyjsku trwała już od kilku minut.
-Ja mam! Jego prawdziwe nazwisko to „ Lukasjan”!
-Może i tak, ja naprawdę nic o tym nie wiem. –
powiedziałam mając nadzieję, na zakończenie nieprzyjemnej rozmowy. Nie tak szybko jednak dane mi było jeść
spokojnie. Mój rozmówca nie przyjmował mojego „ja nic o tym nie wiem”, jako
znośną odpowiedź. Bo znośna odpowiedź brzmiałaby „Tak, to bardzo możliwe”, a
najlepsza „Oczywiście, że tak”! Ja jednak nie miałam zielonego pojęcia, jak to
było naprawdę z pochodzeniem Łukaszewicza. Wiedziałam tylko, że mądrym człowiekiem
był i dzięki niemu powstały lampy naftowe i cały ten naftowy biznes. Nie
chciałam uparcie obstawać przy swoim, czyli jego polskością, ani przyznawać
racji, po to tylko, by zadowolić gospodarza domu. Znalazłam się więc w
tarapatach.
sobota, 24 listopada 2012
Kak twaja familja? ;)
Dobry żart ostatnio usłyszałam. ;)
Ormianin będący na emigracji w Rosji wziął udział w
teleturnieju wiedzowym… Szło mu nie najlepiej, dopóki nie padło pytanie ”Od
kogo pochodzi człowiek?”. „ Abezjana!” wykrzyczał pierwszy i z całych sił.
Abezjana to po rosyjsku małpa, odpowiedź więc została zaliczona. Prowadzący postanowił
dać słabemu uczestnikowi pole do popisu i zapytał o wyjaśnienie – „Dlaczego od „abezjana?”
Uczestnik odpowiedział – „Bo to był pierwszy człowiek o ormiańskim nazwisku”….
A teraz wyjaśnienie – w Armenii 99,99% nazwisk kończy się
na –yan. Jest tylko kilka nazwisk, które kończą się na „c” lub „ov”. Naprawdę
kilka. Ja nikogo takiego nie znam, a moi znajomi zapytani o to, też przyznawali,
że nikogo nie znają, lub znają jedną, góra dwie osoby. Także prezes mojej
organizacji na nazwisko ma Simonyan, mentorka – Tangyan, koordynatorka EVS –
Abovyan, rodzina z którą mieszkam to Loryan, a najśmieszniejsze nazwisko z
którym się spotkałam to Babajanyan - babadżanjan. ;) Można pomyśleć – super, to im pozwala jeszcze bardziej czuć , że są „wspólnotą”.
To prawda, ale uwierzcie mi… z perspektywy obcokrajowca, stawiającego pierwsze
kroki w Erywaniu, fakt, że nazwy większości ulic kończą się na –yan, w niczym
nie pomagał. ^^
piątek, 23 listopada 2012
Poautostopowo - Festiwal Animacji
Całe szczęście, że nie miałam ostatnio czasu pisać
postów, bo zupełnie zapomniałam o tym, że po powrocie z Musaler, zrobiliśmy
sobie z Bartkiem małą przerwę i później ruszyliśmy do kina, bo od kilku dni już
trwał Festiwal Animacji. Gdybym sobie tego nie przypomniała, zmuszona bym była
zaburzyć chronologiczny układ wydarzeń. ;)
poniedziałek, 19 listopada 2012
Autostopowo - Musaler
Wioska Musaler nie jest jakimś przesłynnym punktem na
mapie Armenii. Przewodnik Lonely Planet nawet o niej nie wspomina, Bezdroża za
to bardzo mnie zainteresowały pisząc, że znajduje się tam pomnik upamiętniający
niezwykły wyczyn mieszkańców miejscowości Musa Ler ( turecka nazwa to Musa Dagh), którzy w trakcie Ludobójstwa Ormian stawiali
opór przez 53 dni. Ponoć przetrwali pomimo braku zapasów wody i żywności, a w
celu dodawania sobie otuchy bawili się przy dźwiękach bębnów i surmy.
Ostatecznie z opresji uratowani zostali dzięki okrętom francuskim i brytyjskim,
które ewakuowały ich do Port Saidu w Egipcie.
niedziela, 18 listopada 2012
Autostopem do Zvartnots
Ci z Was, którzy śledzą mnie już od jakiegoś czasu na
pewno nie będą zaskoczeni, gdy napiszę, że 4.11 minęły już dwa miesiące odkąd
po raz pierwszy postawiłam swoją stopę na Armeńskiej ziemi. Nie było chyba
lepszego sposobu, żeby to uczcić, niż ruszyć się gdzieś autostopem w
towarzystwie Bartka – pierwszej osoby, z którą się zapoznałam w Armenii, tuż po
przylocie, jeszcze na lotnisku. :) Oczywiście ja jestem tak roztrzepana, że nie
do końca się zorientowałam co do „święta” i dopiero Bartek mnie ostatecznie
uświadomił, podczas naszego ‘lunchu’ już
w ruinach Zwartnots, które były celem naszej wyprawy.
sobota, 17 listopada 2012
Jedzie Rowerek na spacerek….
Doskonale pamiętam jak uczyłam się jeździć rowerem „na
dwóch kółkach”. Miałam na oko ze 4lata i pierwsze próby podejmowałam na
rowerze, który mój starszy brat Daniel sam złożył ze starych części specjalnie
dla mnie na tą okazję. Nie urodziłam się od razu rowerzystą, dlatego też jedna
z moich pierwszych samodzielnych jazd dłuższych niż 1 minuta, zakończyła się
kąpielą w kałuży, bo okazało się, że pod taflą wody ukryta była dziura w
asfalcie. Był płacz, ale też śmiech i ochota na więcej rowerowych przygód.
Niedługo po tym śmigałam już razem z dzieciakami dookoła osiedla. A później
były już wyprawy poza miejscowość, sporadycznie jakieś rajdy, raz nawet
„wyścig” Polska – Rosja, który zapamiętam do końca życia, bo zderzyłam się z rosyjskim
radiowozem. ;)
piątek, 16 listopada 2012
Przedstawieniowo po raz drugi!
Poprzednie przedstawienie dzieci z mojej organizacji zrobiło furorę. Urywki pokazywano w telewizji, można było o nim przeczytać w
gazetach. Wszystko dlatego, że udział w nim brały niepełnosprawne dzieci – w
Armenii to coś nowego. Szybko pojawiła się okazja by zrobić drugie
przedstawienie – również w prawdziwym teatrze, z prawdziwym sprzętem,
wspaniałymi dekoracjami i strojami. Tym razem nie było o pszczołach, bo
sponsorzy byli mieszani, ale motyw był podobny, bo Armenia ma tak duży problem
z emigracją, że wszyscy starają się na to zwrócić uwagę.
środa, 14 listopada 2012
Park Zakochanych :)
wtorek, 13 listopada 2012
Yerevanyan Lich - Jezioro Erywańskie
Jako dziecko mazur bardzo lubię wodę w każdej postaci,
zwłaszcza w postaci jeziora. Dlatego też, gdy po raz pierwszy zobaczyłam
Jezioro Erywańskie z okna marszrutki wiedziałam, że kiedyś się tam wybiorę.
Byłam nim całkiem podekscytowana i pytałam się nawet kilku znajomych, czy tam
byli, zawsze jednak dostawałam zaprzeczające odpowiedzi. Przewodniki też nie
nakarmiły mnie żadnymi informacjami na ten temat. Zaczęłam więc podejrzewać, że
jezioro może być własnością prywatną, bo ładnie widać stamtąd Ararat, a to
mogło sprawić, że ktoś zapragnął je mieć na własność. Pamięć jednak mi
podpowiadała, że nie było tam żadnego ogrodzenia, co oznaczało, że zawsze mogę
spróbować się tam dostać, a potem najwyżej udawać niezorientowaną turystkę z
zachodu.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Hanrapetutyan Hraparak – Plac Republiki
Przejrzałam ostatnio swojego bloga od ‘deski do deski’ i
doszłam do wniosku, że wprowadziłam tu trochę chaosu. Czasami w notkach, pojawiają
się miejsca, czy nazwy dla mnie już dobrze znane, ale wam niekoniecznie.
Dlatego też dzisiaj robię pierwszy krok w stronę względnego porządku i
przedstawiam wam jeden z głównych punktów w Erywaniu – Plac Republiki, który
został wspomniany już w tej notce.
niedziela, 11 listopada 2012
Nie znasz dnia i godziny...
Kiedy w Erywaniu zaskoczy Cię polski akcent! Ten o to widoczny na zdjęciu zaskoczył mnie podwójnie! Wracałam do domu z Placu Republiki jak zwykle zamyślona. Oglądanie popisu śpiewających fontann sprowokowało mnie do refleksji- zaczęłam się zastanawiać, jak długo wytrzymałabym w mieście, w którym nie ma rzeki, jeziora, czy morza. Ja bardzo lubię wodę... Zaczęłam sobie przypominać Gdynię, w której spędziłam 3 lata, Gdańsk i Sopot... Szłam tak i szłam, dopóki nie mignęło mi na budynku z boku logo Sopotu. "Eee tam! Zwidy!" - pomyślałam, ale odruchowo się cofnęłam i zdałam sobie sprawę, że żadne zwidy nie miały miejsca. Na budynku wisiał wielki plakat reklamujący wystawę polskiego artysty! ;)
Ale mi się dusza uśmiechnęła! ;) Nie zdążyłam jednak się wybrać na tą wystawę. W tygodniu pracowałam, a w następny weekend już jej nie było. :( Od tamtej pory częściej wybieram tą trasę, żeby wiedzieć o wszelkich nowinkach i móc pójść je podziwiać.
Ale mi się dusza uśmiechnęła! ;) Nie zdążyłam jednak się wybrać na tą wystawę. W tygodniu pracowałam, a w następny weekend już jej nie było. :( Od tamtej pory częściej wybieram tą trasę, żeby wiedzieć o wszelkich nowinkach i móc pójść je podziwiać.
sobota, 10 listopada 2012
W Nowym Jorku Zakaukazia.
Nie ma bata! Na pewno nikt z Was nie będzie miał problemu z
rozpoznaniem tego „motywu filmowego”, który teraz opiszę. „ Pani w średnim
wieku/ młody mężczyzna/ nastolatka tuż po śniadaniu w pośpiechu zarzuca na
siebie płaszcz/kurtkę/żakiet i zbiega po schodach. Trzaska drzwiami na klatce
schodowej i czym prędzej gna do skraju chodnika zwanego krawężnikiem, by tam
zatrzymać się, machnąć ręką i po chwili usadowić się wygodnie w taksówce.” I
co? Oczywiście miałam rację – każdy z Was go kojarzy.
piątek, 9 listopada 2012
Wyróżnienie Liebster Blog!
Bardzo mi miło, że pomimo iż jestem dopiero blogową świeżynką, zostałam doceniona przez magnolia0joaska i dostałam wyróżnienie liebster blog. ;))
czwartek, 8 listopada 2012
Wielka Matka patrzy...
Przedstawienie Gora, starszego syna mojej host rodziny
odbywało się w Parku Zwycięstwa (Haghtanak Park) , w pobliżu którego znajduje
się Mayr Hayastan – Matka Armenii. Pomnik ten góruję nad Erywaniem i
symbolizuje ochronę przed Turcją. W tym momencie nie pozostaje mi nic innego
jak wspomnieć o tym, czego starałam się cały czas unikać. Spojrzałam jednak
prawdzie w oczy i zrozumiałam, że nie da się opowiadać o Armenii nie
wspominając o Rzezi Ormian, mającej miejsce w latach 1915-1917 na terenie
Imperium Osmańskiego. Zginęło wówczas około 1,5mln ludzi. To wydarzenie wciąż
tkwi w pamięci Ormian i pojawia się niemalże w każdej rozmowie z nowo poznanym mieszkańcem
Armenii. Także jeśli nie teraz, to i tak w pięćdziesiątej drugiej, czy
osiemdziesiątej trzeciej notce na tym blogu musiałabym do tego nawiązać. Nie
będę się jednak bawić w kopiarkę i zamiast przepisywać tu fakty, które są dla
mnie strasznie nieprzyjemne, odsyłam was na wikipedię.
środa, 7 listopada 2012
Witam cię jesień! Miło, że wpadłaś!
Do Armenii przyleciałam 3 września… Czyli zaraz po tym, jak w
Polsce skończył się sierpień – ostatni z dwóch wakacyjnych miesięcy… które
spędziłam na wyczekiwaniu słonecznych dni i marzeniu o kąpielach w naszych
mazurskich jeziorach… Jak nietrudno się domyślić tu czekało na mnie słońce
łatwo więc straciłam orientacje w czasie i przeżywałam upragnione lato. Kąpiel w Jeziorze Sevan, wejście na Aragats, po którym z twarzy schodziła mi skóra – to niektóre z szaleństw, które
możliwe były dzięki wspaniałej pogodzie, rzadko ostatnio widywanej w mojej
północnej części Polski. Co więcej, gdy wyjeżdżałam z domu, żegnały mnie
ogórki, jeszcze niezbyt smaczne jabłka, ostatnie śliwki, a pomidorów w tym roku
prawie wcale w naszym ogrodzie nie było… tu natomiast raj! Owoców „skolka
udobna”, warzyw jeszcze więcej – atmosfera lata mnie nie opuszczała. Aż tu
nagle pewnego dnia Armine pyta się mnie, czy mogę z nią pojechać na
przedstawienie Gora, bo potrzebują kogoś do robienia zdjęć...
poniedziałek, 5 listopada 2012
Staruszek świętował.
Określenie „stary”
w Armenii ma nieco inne znaczenie niż w Polsce. Gdy raz podczas
opowiadania o sobie wspomniałam, że w mojej miejscowości znajduje się stary
kościół, zostałam obdarzona zdziwionym spojrzeniem i usłyszałam pytanie,
zmuszające mnie do podania wieku tej budowli. „XV wiek” pochwaliłam się.
„Przed naszą erą?”- znowu zdziwienie rozmówcy… „Nie, skądże?! Naszej ery!” „To
jaki on stary? Stare to są ruiny Zvartnots,
bo mają ponad 1300 lat, a nie coś co jest z XIV wieku”.
Nieprzyjemna to była rozmowa,
bynajmniej z mojego punktu widzenia, ale od tamtej pory już przywykłam, że dla
Ormian stare to jest coś, co ma więcej niż X wieków. Nie przeszkodziło mi to jednak zmieszać się, gdy chodziło o wiek Erywania...
piątek, 2 listopada 2012
Wolontariackie działania. :)
Hej! Dzisiejszą planową notkę zepchnęłam na inny dzień,
bo muszę wam zdać relację z ostatniej chwili! No może nie takiej znów
ostatniej, bo sprzed kilkunastu godzin. ;)
Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie klubiku języka
angielskiego, który ja mam zaszczyt prowadzić.;) Wymyśliłam sobie, że będziemy
się uczyć z dziećmi nowych słówek poprzez zabawę i przygotowałam już mnóstwo
scenariuszy lekcji. Wszystkie przepełnione ruchem i kombinowaniem, tak jak
dzieci lubią najbardziej. Na pierwszych zajęciach mieliśmy omówić kwestię witania się. Przygotowałam coś
w rodzajów puzzli – obrazek z sytuacją i kartka z napisanym przywitaniem, lub
pożegnaniem. Wycinanie, dopasowywanie zajęło mi trochę czasu, ale robiłam to z
uśmiechem od ucha do ucha. Uśmiech znikł z mej twarzy dopiero wczoraj, w momencie, gdy sobie uświadomiłam, że dzieci
mogą jeszcze nie znać alfabetu łacińskiego!!! To odkrycie zmieniło wszystko. Bo
przecież jeśli nie przeczytają literek, nie będę w stanie dopasować puzzli i
zapisywać słów w zeszycie…. Spanikowałam.
czwartek, 1 listopada 2012
1 listopada...
A w Armenii dzień jak co dzień. Żadnej chwili zadumy, refleksji... Nie spotkam się dzisiaj z rodziną, nie tylko tą bliską, ale i dalszą... Nie będę spacerowała nocą oświetlonymi alejkami w jesiennym deszczu. Właśnie omija mnie święto, na które zawsze tak bardzo czekam. Denerwuje mnie dzisiaj słoneczna pogoda i wciąż trwająca atmosfera lata. Przecież to już listopad...
W Armenii nie obchodzi się Święta Zmarłych. Mają jeden szczególny dzień, w którym odwiedza się groby, ale nie jest to tak ważne święto jak u nas... Może to i dziwne, że tęsknotę za krajem poczułam właśnie w takim momencie, ale ja naprawdę lubię ten dzień w roku.
PS W poprzedniej notce pisałam o pewnym Ormiańskim zwyczaju. Chciałabym zaznaczyć, że powinno się już pojawiać coraz więcej notek w tematyce " nie spotykane w Polsce". Bo już drugi miesiąc wolontariatu za mną i coraz lepiej już znam się na ich sposobie bycia.
Miłego wolnego dnia! :)
W Armenii nie obchodzi się Święta Zmarłych. Mają jeden szczególny dzień, w którym odwiedza się groby, ale nie jest to tak ważne święto jak u nas... Może to i dziwne, że tęsknotę za krajem poczułam właśnie w takim momencie, ale ja naprawdę lubię ten dzień w roku.
PS W poprzedniej notce pisałam o pewnym Ormiańskim zwyczaju. Chciałabym zaznaczyć, że powinno się już pojawiać coraz więcej notek w tematyce " nie spotykane w Polsce". Bo już drugi miesiąc wolontariatu za mną i coraz lepiej już znam się na ich sposobie bycia.
Miłego wolnego dnia! :)
Wykałaczki w dłoń!
Pamiętacie
gdy wam pisałam o moim wypadzie do Gyumri? Wybory, pierwsza wyprawa poza Erywań, zwiedzanie i te sprawy. :) Byłam
wtedy jeszcze taka zagubiona i niedoinformowana. W sumie, to pamiętam, że nie
wiele się nami interesowano, nikt nie miał zamiaru pilnować nieznających
armeńskiego wolontariuszy, bo po co? Przecież mają oczy, sami widzą, gdzie
idzie grupa, więc chyba mogą za nią podążać? No mogą, ale nie zawsze się to
udaje. Np. raz skoczyłam do hotelowego pokoju po sweter, bo pogoda okazała się
być inna niż myślałam, wracam na dół do recepcji, a tam już nikogo nie ma! I
rób co chcesz! Przez pierwsze pół godziny czekałam grzecznie w nadziei, że ktoś
się po mnie wróci, jednak na próżno. W związku z tym, że nie wiedziałam, gdzie
mogli pójść i że nie chciałam się narazić szefowej chodząc samopas,
postanowiłam wrócić się do pokoju i poczytać przewodnik. Moja szefowa przyszła
do mnie dopiero po 4 godzinach, więc nawet obiad mi uciekł…
Subskrybuj:
Posty (Atom)