piątek, 30 listopada 2012

Okolice Goris- hulając z owcami.


Gdy drzwi samochodu wojennej policji zatrzasnęły się za nami po raz ostatni, zgodnie stwierdziliśmy, że pora coś przekąsić. Według autostopowej jednostki czasu ostatni posiłek mieliśmy 3 samochody temu, a więc był już czas najwyższy, żeby żołądki zaczęły nam o sobie przypominać. Jeśli byłoby inaczej, to poważnie bym się zmartwiła. :) Zatem nasze pierwsze kroki w Goris skierowaliśmy do sklepu, co było doskonałym posunięciem, gdyż pani sklepowa była na tyle miła, by zupełnie bezinteresownie obdarować mnie jakimiś drobnymi gruszko podobnymi owocami. Vitalij zaopatrzył się natomiast w pomarańczę, a że dawno tego owocu nie jadł, to aż się palił, by zacząć konsumpcję. Dlatego też już po kilku minutach od opuszczenia sklepu siedzieliśmy na jakimś wzgórku, tuż przy drodze. W spokoju jedliśmy i przyglądaliśmy się gorisowskim domostwom. Czasu na beztroskie gapienie się przed siebie tego dnia mieliśmy sporo, bo była dopiero 15.00, a do Michała i Grześka zawitać mogliśmy dopiero około 18.00. Co prawda chcieliśmy tego dnia jeszcze zobaczyć tą część miasteczka, którą określa się jako Stary Goris, by następnego dnia z rana ruszyć prosto do Tatev, ale z racji tego, że sami sobie organizowaliśmy tą wycieczkę, to w sumie nic nas nie ponaglało. Wcinaliśmy więc sobie owoce w najlepsze, nie przejmując się zupełnie resztą świata, aż tu nagle za naszymi plecami zatrzymał się jakiś samochód. Opuściła się przyciemniana szyba i rozległo się po raz kolejny już tego dnia ormiańskie wołanie, za pomocą którego nieznajomi chcieli się dowiedzieć, czy nam pomóc. Grzecznie podziękowaliśmy, bo przecież byliśmy szczęśliwie w trakcie posiłku. Samochód odjechał, ale po chwili znowu się znalazł w tym samym miejscu co poprzednio. „A co chcecie tu robić?” – brzmiało tym razem pytanie. „Zobaczyć Stary Goris”- brzmiała tym razem nasz odpowiedź, po której nastała chwila ciszy. Chłopacy najwyraźniej się nad czymś zastanawiali – „To wsiadajcie, my tylko coś załatwimy i podjedziemy tam” – usłyszeliśmy ostatecznie. „W sumie, to czemu nie?”-wypaliłam, Vitalij przytaknął i rozpoczęliśmy kolejną przygodę. 


Ci „turystostopowicze”, bo tak ich chyba można określić, byli sympatycznymi 21-latkami, którzy nam wyznali, że lubią krążyć po okolicy, bo w domach im się nudzi – są bezrobotni. Tym razem jechali do jakiejś pobliskiej wioski, bo jeden miał coś do załatwienia ze znajomą, ale nasze pojawienie się delikatnie zmieniło ich plany, oczywiście jak podkreślali  na lepsze. Turyści w Goris nie zjawiają się chyba nader często, to też chłopacy byli nami bardzo podekscytowani i mieli zamiar pokazać nam wiele szczególnych miejsc. Jednak zanim do tego doszło, to wiele razy byliśmy zatrzymywani przez… owce. Dokładnie morze owiec zalewające drogi. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko tych stworzonek. Możecie sobie tylko wyobrazić, jaką miałam radochę. Nie mogłam się zdecydować, czy im robić zdjęcia, czy je dotykać, więc jedną ręką trzymałam aparat, a drugą wyciągałam do nich. Aaa, cóż za dreszczyk emocji!

Jeszcze większą radochę niż ja głaszcząc owce mieli ludzie, którzy… przyglądali się mi. ^^No może nie większą, ale zawsze gdy w dalszej drodze cieszyłam się z widoku owiec to chłopacy pękali ze śmiechu i nauczyli się komunikować mi, gdy jakieś pojawiały się na horyzoncie.


Patrolowaniu okolicy z „turystopowiczami” bardzo mi się podobało – piękne widoki i zatrzymywanie się na każde żądanie – super sprawa! Jeszcze ciekawiej się zrobiło, gdy dojechaliśmy do miejsca, w którym skończył się asfalt, samochód zaczął się trząść na wybojach, zjazd zrobił się niebezpiecznie stromy, kurz podnoszący się z tej polnej drogi zaczął nas przyduszać,  a kurczaki z przydrożnych gospodarstw biegały wszędzie jak szalone.

Nie miałam odwagi się zapytać, dokąd my właściwie jedziemy, Vitalij też zamilkł. Atmosfera zrobiła się co najmniej tajemnicza. Podejrzewałam już, że chłopacy wywożą nas na odludzie mając jakieś niecne plany, a fakt, że niewiadomo skąd wyłonił się jakiś samochód przy którym się zatrzymaliśmy tylko mnie w tym umocnił. Korzystając z okazji wyskoczyłam z samochodu pod pretekstem robienia zdjęć, na szczęście przysłuchałam się jednak ich konwersacji, a moja znajomość ormiańskiego była wystarczająca, by zrozumieć, że to zwyczajne pytanie się o drogę, a nie obgadywanie jakichś ciemnych sprawek. Akcja mojego serca spowolniła.;)

Wkrótce jak zwykle śmiałam się ze swojej paniki, gdy się okazało, że kochani tubylcy przywieźli nas w miejsce, z którego jak na dłoni widać było górę „dziurawą” od wydrążonych w niej jaskiń. „To stary Hyndzoresk, tu dawno temu mieszkali ludzie”- wyjaśnili nam przewodnicy, a ja oniemiałam z zachwytu, bo miejsce było naprawdę piękne.

Dzisiaj ludzie w jaskiniach trzymaja bydlo. ;)

Żal mi było stamtąd odjeżdżać, ale chłopacy śpieszyli się do wspomnianej już znajomej. Ruszyliśmy zatem w drogę do kolejnej górskiej wioseczki, ale nasz kolega pokłócił się ze swoją koleżanką przez telefon, zanim zdążyliśmy wyjechać na asfalt. Zyskaliśmy więc czas, by pokrążyć po okolicznych „osadach”. ;) I tak dzięki temu:
* rozmawiałam sobie z chłopcem, który jeździł konno używając „siodła”, które sam sobie zrobił.
Cudowne smieci w tle, no nie? :)

* spotkałam więcej krów i owiec

*zobaczyłam współczesne ormiańskie groby, bo do tej pory widziałam tylko wiekowe.

*oczywiście pożerałam też jak szalona więcej widoków przepięknych gór,

*a  na deser dostałam cudowny zachód słońca.


Przyglądaliśmy mu się z Vitalim jak zaczarowani, a chłopacy dzielnie na nas czekali, nie doceniając piękna chwili.



Oczywiście, ja wariatka, zrobiłam temu zachodowi dziesiątki zdjęć, jakby kilka nie wystarczyło. No ale cóż, i tak to już był ostatni wysiłek mojego aparatu tego dnia, bo zaraz po tym zostaliśmy odwiezieni pod dom Grześka i Michała. Jak się okazało jeden z naszych przewodników mieszkał w budynku obok i kojarzył Polaków m.in. dlatego, że latem łamiąc ormiański zwyczaj, chodzili w „szorcikach”, a nie w spodniach z długą nogawką, tak jak to robią wszyscy prawi obywatele. ;)

2 komentarze:

  1. Płoty dookoła grobów? Jako znawca cmentarzy (hłe hłe) mówię: "WTF?". xD

    OdpowiedzUsuń

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...