poniedziałek, 24 września 2012

Z głową w chmurach. :)

"Yes, yes, yes! And my friend Dajana!" - krzyczał do telefonu Martin, pewnego pięknego dnia, gdy na niebie nie było żadnej chmurki i w ogóle nic nie zapowiadało tej katastrofy, która miała się wkrótce wydarzyć. Oczywiście rozmowa była podsłuchana, nie wypadało mi więc biec do niego i wypytywać się o co chodzi. Dlatego też ze stoickim spokojem, czekałam na to, co dalej będzie się działo. Jak powszechnie wiadomo, podsłuchiwanie ( nawet te niezamierzone ), to bardzo niedobre zachowanie i należy być za nie ukaranym...
Na rozmowę z Martinem nie musiałam wcale długo czekać, bo okazja nadarzyła się już po kilku minutach. Martin przybiegł do mnie zaraz po tym, jak przejrzał zawartość naszej wspólnej szafy.
"Nie masz kurtki"- oświadczył mi zawiedzionym głosem.
"Co?"- starałam się dowiedzieć czegoś więcej, bo wydawało mi się, że źle go zrozumiałam ( po co mu u licha moja kurtka?!).
"Nie masz kurtki na jesień" -powtórzył już bardzo wyraźnie.
"Tak, to prawda, nie mam kurtki, bo mam płaszcz"- odpowiedziałam wciąż zszokowana tematem rozmowy.
"Niedobrze, w górach płaszcze się nie sprawdzają, są nie wygodne."
"Aaa, wybierasz się w góry i potrzebujesz kurtki?"- zapytałam szczęśliwa, że już wiem, dlaczego prowadzimy tą dziwną rozmowę "myślę, że to i tak nie szkodzi, że nie mam kurtki, bo nawet gdybym miała, to i tak byłaby na ciebie za mała" -szybko dodałam.
"Co? O czym ty właściwie mówisz? Nie noszę damskich rzeczy!" - oburzył się Martin
I w tym momencie zapadła niezręczna cisza. Ja gapiłam się na Martina, bo już całkiem nic nie rozumiałam, a Martin gapił się na mnie, wzrokiem mordercy, zły, że podejrzewam go o sympatię do damskiej odzieży.
Ciszę przerwał jego śmiech , bo raptownie zdał sobie sprawę z zaistniałego nieporozumienia.
"Racja, mój błąd, zapomniałem Ci powiedzieć o co chodzi, taki jestem podekscytowany tym wszystkim!"
"Podekscytowany tym,że nie mam kurtki na jesień?"
"Nie! Tym, że w niedziele wyruszamy na Aragats!"
"Nie mówisz poważnie?" - znów myślałam, że coś pokręcił - "Coś chyba pomyliłeś, mam na myśli nazwę góry, przecież Aragats ma ponad 4000metrów! Może myślisz o jakiejś mniejszej?"
"Nic mi się nie pomyliło, dobrze powiedziałem, idziemy na Aragats! Tylko, że na jego południowy wierzchołek, który ma tylko 3879 m." TYLKO.


Kara. Jest wina jest i kara. Podsłuchałam, tak, to prawda, ale dlaczego karać mnie tak srogo?!
Martin, nie przyjmował żadnych wymówek. Nie ruszyła, go nawet wiadomość, że czuję kucie w brzuchu po prawej stronie i że to może być wyrostek. Zamiast mi odpuścić, zaczął opowiadać okropne historie o strasznym stanie służby zdrowia w Armenii i na koniec się tylko zapytał, czy już mi się odechciało szpitali. Oczywiście, że mi się odechciało szpitali, komu by się nie odechciało na wieść, że nie zawsze starcza im znieczulenia i z higieną też nie jest za dobrze... ^^

Ostatecznie, po przejrzeniu paru zdjęć w internecie tej najwyższej góry w Armenii i przeczytaniu tego, co ma do powiedzenia mój przewodnik, stwierdziłam, że to jest świetny pomysł i podeszłam do tego wszystkiego z entuzjazmem! :) Nie protestowałam nawet przeciwko ubraniu dużo za dużej kurtki Martina ( bo jak już wspomniałam, ja mam tylko płaszcz^^) i skorzystaniu z jego pomarańczowego szalika, który był mi bardzo potrzebny, bo po kąpieli w Sevanie zupełnie straciłam głos.

W GÓRACH LEPIEJ WYGLĄDAĆ GŁUPIO, NIŻ BYĆ GŁUPIM - stwierdził sprawca całego zamieszania, oglądając mnie w pełnym rynsztunku.
 Dodatkowo okazało się, że wg Martina receptą na dobrze spędzony czas w górach jest... dobre jedzenie! ;D Mieliśmy ze sobą mnóstwo pysznych orzechów i suszonych owoców. Ponadto, ten sympatyczny Norweg bardzo się starając, bym cieszyła się tą całą wyprawą kupił 3 tabliczki mojej ulubionej czekolady i zarządził, że będę dostawała rządek na każdym postoju. :D Super! No to ruszamy i byleby do najbliższego postoju! ;)


Cała wyprawa odbywała się w towarzystwie ludzi, z bardzo ciekawego klubu Hash House Harriers , o którym na pewno wam jeszcze wspomnę, bo bardzo mi się spodobał. :) Generalnie, to większość towarzystwa była pracownikami Brytyjskiej Ambasady, ale była też z nami Japonka, troje Ormian, dwie Finki, Amerykanka z córką i Szwajcar z synem. :) Mimo że wszyscy byli urzędnikami żartom nie było końca, co mnie miło zaskoczyło, bo przeczuwałam, ze nikt nie będzie się odzywał zajęty patrzeniem pod nogi. :) Ogólnie, to było z nami też kilka małych dziewczynek, bo jedna z nich Nicky, miała tego dnia 9 urodziny i chciała je spędzić w nietypowy sposób ze swoimi koleżankami. Ciekawe co wymyśli, na 18.^^

Widzicie mnie? :)

Nie? To tu macie mnie już jak na dłoni. ;)
Jak się dobrze przyjrzycie, to w oddali dostrzeżecie też Ararat. :)

Niestety, moje lenistwo wzięło górę, w skutek czego ja nie wzięłam ze sobą swojego aparatu (bo za ciężki!) i nie zrobiłam zdjęć tym niesamowitym widokom, które miałam okazję podziwiać. :( Dysponuję tylko zdjęciami Martina, który zbyt wielu ich nie zrobił, ale są za to ładne. :))
Jezioro u podnóża Aragatsu. To stamtąd startowaliśmy. ;)

 Grill, który mijaliśmy po drodze. Niestety nie mieliśmy czasu, żeby skorzystać.^^

I już tuż, tuż końca drogi.


Wędrówka na sam szczyt zajęła nam ponad 7 godz. Wyruszyliśmy niemalże równo o 7 rano, a na górę dotarliśmy sporo po 14. Szczerze mówiąc, to nie była to bułka z masłem. Wiele razy nieźle się namęczyłam, żeby posunąć się chociaż trochę w przód. Momentami pod stopami mieliśmy same kamienie, które strasznie się ruszały. Wystarczyła chwila nie uwagi i... nieszczęście gotowe! Japonka złamała rękę w połowie drogi. Ja byłam wystarczająco nastraszona przez Martina, że stąpałam z mistrzowską precyzją, żeby sobie tylko broń Boże krzywdy nie zrobić i nie wylądować w szpitalu! ;)
Całe to męczenie się i pocenie oczywiście się opłacało, bo na szczycie było niesamowicie! Nie dość, że widok na krater zapierał dech w piersiach, to jeszcze chmury były tak blisko! Wydawało mi się, że mogę podskoczyć i "urwać" trochę na pamiątkę. ;) Niezapomniane przeżycie!

Krater.


Widok na okolice z południowego Wierzchołka Aragatsu.

Oraz sam "Wierzchołek" we własnej wierzchołkowatości. ;)

Dwie Finki. :)

A tu ja na Wierzchołku,  nie mogąca uwierzyć w to, gdzie się znajduję. :)

Tu już razem z Martinem, trochę bardziej ogarniająca, co się dzieje.^^

I Martin z Ormianinem, którego imienia nie pamiętam, podkradający mu jedzenie. ^^

I już na dole. Wróciliśmy do 'punktu wyjścia' wyczerpani ale i szczęśliwi, że przeżyliśmy coś tak pięknego! ;) Ps W oddali widać nasz Wierzchołek! :)

I nie wierzę, że to piszę, ale to zdecydowanie nie był mój pierwszy i ostatni raz w górach! Chyba się w nich zakochałam! ^^ ;)

3 komentarze:

  1. Hahahah, pozdro dla braku kurtki. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę tego wejścia. Fajnie piszesz. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeeej, dziękuję za docenienie moich starań! ;))

    OdpowiedzUsuń

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...