poniedziałek, 5 listopada 2012

Staruszek świętował.

Określenie „stary”  w Armenii ma nieco inne znaczenie niż w Polsce. Gdy raz podczas opowiadania o sobie wspomniałam, że w mojej miejscowości znajduje się stary kościół, zostałam obdarzona zdziwionym spojrzeniem i usłyszałam pytanie, zmuszające mnie do podania wieku tej budowli. „XV wiek” pochwaliłam się. „Przed naszą erą?”- znowu zdziwienie rozmówcy… „Nie, skądże?! Naszej ery!” „To jaki on stary? Stare to są ruiny Zvartnots, bo mają ponad 1300 lat, a nie coś co jest z XIV wieku”.

Nieprzyjemna to była rozmowa, bynajmniej z mojego punktu widzenia, ale od tamtej pory już przywykłam, że dla Ormian stare to jest coś, co ma więcej niż X wieków.  Nie przeszkodziło mi to jednak zmieszać się, gdy chodziło o wiek Erywania...

piątek, 2 listopada 2012

Wolontariackie działania. :)



 Hej! Dzisiejszą planową notkę zepchnęłam na inny dzień, bo muszę wam zdać relację z ostatniej chwili! No może nie takiej znów ostatniej, bo sprzed kilkunastu godzin. ;)

Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie klubiku języka angielskiego, który ja mam zaszczyt prowadzić.;) Wymyśliłam sobie, że będziemy się uczyć z dziećmi nowych słówek poprzez zabawę i przygotowałam już mnóstwo scenariuszy lekcji. Wszystkie przepełnione ruchem i kombinowaniem, tak jak dzieci lubią najbardziej. Na pierwszych zajęciach mieliśmy omówić kwestię witania się. Przygotowałam coś w rodzajów puzzli – obrazek z sytuacją i kartka z napisanym przywitaniem, lub pożegnaniem. Wycinanie, dopasowywanie zajęło mi trochę czasu, ale robiłam to z uśmiechem od ucha do ucha. Uśmiech znikł z mej twarzy dopiero wczoraj,  w momencie, gdy sobie uświadomiłam, że dzieci mogą jeszcze nie znać alfabetu łacińskiego!!! To odkrycie zmieniło wszystko. Bo przecież jeśli nie przeczytają literek, nie będę w stanie dopasować puzzli i zapisywać słów w zeszycie…. Spanikowałam.

czwartek, 1 listopada 2012

1 listopada...

A w Armenii dzień jak co dzień. Żadnej chwili zadumy, refleksji... Nie spotkam się dzisiaj z rodziną, nie tylko tą bliską, ale i dalszą... Nie będę spacerowała nocą oświetlonymi alejkami w jesiennym deszczu. Właśnie omija mnie święto, na które zawsze tak bardzo czekam. Denerwuje mnie dzisiaj słoneczna pogoda i wciąż trwająca atmosfera lata. Przecież to już listopad...

W Armenii nie obchodzi się Święta Zmarłych. Mają jeden szczególny dzień, w którym odwiedza się groby, ale nie jest to tak ważne święto jak u nas... Może to i dziwne, że tęsknotę za krajem poczułam właśnie w takim momencie, ale ja naprawdę lubię ten dzień w roku.

PS W poprzedniej notce pisałam o pewnym Ormiańskim zwyczaju. Chciałabym zaznaczyć, że powinno się już pojawiać coraz więcej notek w  tematyce " nie spotykane w Polsce".  Bo już drugi miesiąc wolontariatu za mną i coraz lepiej już znam się na ich sposobie bycia.
Miłego wolnego dnia! :)

Wykałaczki w dłoń!

Pamiętacie gdy wam pisałam o moim wypadzie do Gyumri? Wybory, pierwsza wyprawa poza Erywań, zwiedzanie i te sprawy. :) Byłam wtedy jeszcze taka zagubiona i niedoinformowana. W sumie, to pamiętam, że nie wiele się nami interesowano, nikt nie miał zamiaru pilnować nieznających armeńskiego wolontariuszy, bo po co? Przecież mają oczy, sami widzą, gdzie idzie grupa, więc chyba mogą za nią podążać? No mogą, ale nie zawsze się to udaje. Np. raz skoczyłam do hotelowego pokoju po sweter, bo pogoda okazała się być inna niż myślałam, wracam na dół do recepcji, a tam już nikogo nie ma! I rób co chcesz! Przez pierwsze pół godziny czekałam grzecznie w nadziei, że ktoś się po mnie wróci, jednak na próżno. W związku z tym, że nie wiedziałam, gdzie mogli pójść i że nie chciałam się narazić szefowej chodząc samopas, postanowiłam wrócić się do pokoju i poczytać przewodnik. Moja szefowa przyszła do mnie dopiero po 4 godzinach, więc nawet obiad mi uciekł… 


środa, 31 października 2012

Armenia jak z obrazka!

To  była słoneczna sobota. Drugi tydzień października. Wybierałam się na spotkanie z dwoma Polakami, których poznałam przez CouchSurfing. Wysłali mi prośbę o przenocowanie, ja jednak musiałam im odmówić, ze znanego wam powodu - nie mieszkam już tylko z Martinem, a także z Ormiańską rodziną. Mimo mojej odmowy chłopacy chcieli się spotkać przy piwie. Zgodziłam się oczywiście, choć wiadomo, że w moim przypadku, to nie piwo, a sok wchodziłby w grę.;) Umówiliśmy się w centrum, jednak gdy ja już byłam na miejscu, chłopacy włóczyli się gdzieś jeszcze po innych częściach miasta. Postanowiłam więc umilić sobie czas oczekiwania i wpaść na coweekendową wystawę obrazów w jednym z parków. Byłam tam pierwszy raz, choć już kilka razy ją widziałam z daleka, zawsze jednak się gdzieś śpieszyłam. Tym razem postanowiłam dokładnie przyjrzeć się dziełom ormiańskich artystów, starając się dostrzec jakieś cechy charakterystyczne.  Z racji tego, że obrazy były na sprzedaż, na miejscu znajdowali się też sami autorzy tych prac, co sprawiało, że każde zdjęcie robiłam, czekając tylko na krzyk. Nikt jednak na mnie nie krzyczał.

wtorek, 30 października 2012

Nasze cztery ściany.

Mieszkanie dla wolontariuszy zapewnia organizacja goszcząca. To ona jest odpowiedzialna, za jego znalezienie i dokonywanie opłat. Wolontariusze zatem nie mają dużo do powiedzenia, pozostaje im po prostu przyjechać i zamieszkać. Na nieszczęście Martina, który do Armenii przyjechał miesiąc przede mną, nasza organizacja do specjalistów w dziedzinie wynajmowania mieszkań nie należy. Co prawda lokalizacje wybrali nam świetną – jedna z głównych ulic Erywania, 10 min od centrum, ale na wyposażenie mieszkania nikt nie zwrócił uwagi. I tym sposobem biedny Martin sam musiał się troszczyć o szklanki, talerze, sztućce, pościel itp. Nie było niczego oprócz mebli, telewizora, kuchenki i zatrzęsienia mrówek. Wszystko kupił sam na miejscu za swoje pieniądze, wściekły, że nikt go nie poinformował wcześniej, bo połowę rzeczy mógłby przywieźć ze sobą, a nie tracić pieniądze. Ja też nie miałam żadnych informacji na temat stanu mieszkania ( do głowy by mi nie przyszło, że organizacja może wpuścić ludzi, którzy nie są w swoim kraju, do pustego mieszkania i kazać sobie radzić samym), więc też musiałam kupić trochę rzeczy...  

poniedziałek, 29 października 2012

Autostopem do Garnii. :)

Drugiego dnia autostopowania z Pauliną i Arturem też było wesoło. :) Zaczęło się od tego, że przegapiliśmy przystanek, z którego mieliśmy udać się na właściwą drogę do łapania stopa, bo Artur był taki wczorajszy po gościnie Surena, że wszystkie decyzje podejmował w bardzo zwolnionym tempie.  Musieliśmy więc się trochę przejść, by wrócić na dobrą drogę.  Następnie okazało się, że właściwa droga nie jest aż tak bardzo uczęszczana, w sensie, były przerwy „w dostawie” samochodów. Udało nam się jednak złapać, uwaga, uwaga – moją ukochaną ciężarówkę, którą chciałam się przejechać, jak tylko zobaczyłam ją tu w Armenii! Fakt, pod górę, to jechała z taką prędkością, że człowiek na ośle z powodzeniem by ją wyprzedził, ale za to miałam czas, żeby uchwycić obiektywem cudowny widok na Erywań. :)

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...