Jak już wspomniałam w poprzednich wpisach, Goris jest
mieściną cudownie położoną pomiędzy górami. Dzięki temu warto po niej
spacerować nie tylko w dzień, gdy góry są widoczne, ale również w nocy, gdy nic
dookoła nie widać i łatwo popuścić wodzę fantazji na temat tego, co dzieje się
tam w górze – czy są tam jakieś wilki, rozpoczynające polowanie? Czy sowy
śnieżne już zaczęły noce wędrówki?
;o)
Wraz z Vitalim wybraliśmy się na spacer zaraz po kolacji
i rozmowach z Michałem i Grześkiem, którzy ugościli nas fantastycznie. Spacerowaliśmy prawie 3 godziny, choć
planowaliśmy znacznie krócej. Goris nocą okazało się jednak tak magiczne, że
błądziliśmy w labiryncie uliczek dopóki nie zmarzliśmy. Jak każda porządna
górska mieścina Goris ma swoją rozkosznie szumiącą górską rzeczkę, a domy
zbudowane są też na stokach gór, przez co wieczorni spacerowicze mają wrażenie,
że znajdują się w płonącym zniczu. Ponadto, w Goris znaleźć też można
rynsztoki, które ja widziałam w życiu po raz pierwszy, ale w tych woda była dość czysta. Są one po obu stronach
każdej ulicy, więc zwłaszcza wieczorem trzeba uważać, by nie wdepnąć tam gdzie
nie trzeba. Tak, pijani ludzie nie mają w tym miasteczku łatwego życia, ale
dzieci mogę przypuszczać, że mają – śledzenie łódeczki płynącej rynsztokiem
musi być niezłą zabawą. :)
Wieczorny spacer
uliczkami Goris zdecydowanie należał do przyjemnych czynności, jednak w
prawdzie zdumienie Goris wprawił nas z samego rana, gdy wybraliśmy się zobaczyć
tą starą część…