środa, 19 grudnia 2012

Ziiimny news!



Wybaczcie, że przerywam nadawanie zaległych relacji z moich wojaży, ale nie mam innego wyjścia, bo Erywań stanął… w śniegu!
Na drzewie wciąż widać liście.
Choinka na Placu Republiki.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Relaksując się w ciemnościach.^^




„Cicho! Wszyscy cicho! Nie ruszać się!” – wydał rozkaz nasz „przewodnik”.
„Co to było? Słyszeliście?”- dopytywał się. Ja zdrętwiałam ze strachu. Nie często w moim życiu bywają momenty, w których na poważnie sobie zadaję pytanie: „Co ja tu do cholery właściwie robię?!”, ale to był właśnie ten moment.

piątek, 14 grudnia 2012

Araratowe doznania.



Czas przyznać się do tego, że nie zdałam wam kompletnej relacji na temat autostopowania do Goris. Zataiłam przed Wami pewien fakt i kilka fotek. Wszystko dlatego, iż uważam, że te fotografie zasługują na wyróżnienie. Nie chciałam żeby utonęły w innych notkach, wśród reszty zdjęć...

czwartek, 13 grudnia 2012

Tatev- dalsza podróż przez krainę cukru pudru



Dzień w którym odwiedziliśmy Tatev już od początku zapowiadał się niesamowicie zabawnie. Najpierw spotkaliśmy kobietę biegającą z kurczakiem dookoła kościoła, a potem, gdy łapaliśmy stopa do Tatev znowu mieliśmy doczynienia z kurami… Zanim jednak drób dopadł nas po raz drugi, musieliśmy złapać stopa z Goris, co nie było łatwe, bo nikt nie chciał się zatrzymywać wjeżdżając pod górę,  a równinka była dopiero za górami. Leniwie staliśmy więc pod górą licząc na cud, który się zdarzył – zabrał nas kierowca ciężarówki przepełnionej warzywami i owocami. Z tymże kierowcą wyjechaliśmy poza góry otaczające Goris, gdzie zauważyliśmy, że wszystkie szczyty dookoła pokryte są jeszcze większą warstwą śniegu niż były dnia poprzedniego. Moim zdaniem wyglądały jak dziwnego kształtu pierniki posypane cukrem pudrem. Mniam! Przypominam, że tego dnia jedliśmy tylko chleb z pomidorem (bez masła!), więc proszę się nie dziwić moim kulinarnym wtrąceniom. ;o) Kierowca niestety nie poczęstował nas żadnym jabłuszkiem, ani ogóreczkiem, ale wysadził nas chociaż na dobrej drodze, która nota bene nie była zbyt uczęszczana.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Goris - zapraszamy na skalne salony!

Jak już wspomniałam w poprzednich wpisach, Goris jest mieściną cudownie położoną pomiędzy górami. Dzięki temu warto po niej spacerować nie tylko w dzień, gdy góry są widoczne, ale również w nocy, gdy nic dookoła nie widać i łatwo popuścić wodzę fantazji na temat tego, co dzieje się tam w górze – czy są tam jakieś wilki, rozpoczynające polowanie? Czy sowy śnieżne już zaczęły noce wędrówki?
;o)

Wraz z Vitalim wybraliśmy się na spacer zaraz po kolacji i rozmowach z Michałem i Grześkiem, którzy ugościli nas fantastycznie.  Spacerowaliśmy prawie 3 godziny, choć planowaliśmy znacznie krócej. Goris nocą okazało się jednak tak magiczne, że błądziliśmy w labiryncie uliczek dopóki nie zmarzliśmy. Jak każda porządna górska mieścina Goris ma swoją rozkosznie szumiącą górską rzeczkę, a domy zbudowane są też na stokach gór, przez co wieczorni spacerowicze mają wrażenie, że znajdują się w płonącym zniczu. Ponadto, w Goris znaleźć też można rynsztoki, które ja widziałam w życiu po raz pierwszy, ale w tych woda była dość czysta. Są one po obu stronach każdej ulicy, więc zwłaszcza wieczorem trzeba uważać, by nie wdepnąć tam gdzie nie trzeba. Tak, pijani ludzie nie mają w tym miasteczku łatwego życia, ale dzieci mogę przypuszczać, że mają – śledzenie łódeczki płynącej rynsztokiem musi być niezłą zabawą. :)
 Wieczorny spacer uliczkami Goris zdecydowanie należał do przyjemnych czynności, jednak w prawdzie zdumienie Goris wprawił nas z samego rana, gdy wybraliśmy się zobaczyć tą starą część…

piątek, 30 listopada 2012

Okolice Goris- hulając z owcami.


Gdy drzwi samochodu wojennej policji zatrzasnęły się za nami po raz ostatni, zgodnie stwierdziliśmy, że pora coś przekąsić. Według autostopowej jednostki czasu ostatni posiłek mieliśmy 3 samochody temu, a więc był już czas najwyższy, żeby żołądki zaczęły nam o sobie przypominać. Jeśli byłoby inaczej, to poważnie bym się zmartwiła. :) Zatem nasze pierwsze kroki w Goris skierowaliśmy do sklepu, co było doskonałym posunięciem, gdyż pani sklepowa była na tyle miła, by zupełnie bezinteresownie obdarować mnie jakimiś drobnymi gruszko podobnymi owocami. Vitalij zaopatrzył się natomiast w pomarańczę, a że dawno tego owocu nie jadł, to aż się palił, by zacząć konsumpcję. Dlatego też już po kilku minutach od opuszczenia sklepu siedzieliśmy na jakimś wzgórku, tuż przy drodze. W spokoju jedliśmy i przyglądaliśmy się gorisowskim domostwom. Czasu na beztroskie gapienie się przed siebie tego dnia mieliśmy sporo, bo była dopiero 15.00, a do Michała i Grześka zawitać mogliśmy dopiero około 18.00. Co prawda chcieliśmy tego dnia jeszcze zobaczyć tą część miasteczka, którą określa się jako Stary Goris, by następnego dnia z rana ruszyć prosto do Tatev, ale z racji tego, że sami sobie organizowaliśmy tą wycieczkę, to w sumie nic nas nie ponaglało. Wcinaliśmy więc sobie owoce w najlepsze, nie przejmując się zupełnie resztą świata, aż tu nagle za naszymi plecami zatrzymał się jakiś samochód. Opuściła się przyciemniana szyba i rozległo się po raz kolejny już tego dnia ormiańskie wołanie, za pomocą którego nieznajomi chcieli się dowiedzieć, czy nam pomóc. Grzecznie podziękowaliśmy, bo przecież byliśmy szczęśliwie w trakcie posiłku. Samochód odjechał, ale po chwili znowu się znalazł w tym samym miejscu co poprzednio. „A co chcecie tu robić?” – brzmiało tym razem pytanie. „Zobaczyć Stary Goris”- brzmiała tym razem nasz odpowiedź, po której nastała chwila ciszy. Chłopacy najwyraźniej się nad czymś zastanawiali – „To wsiadajcie, my tylko coś załatwimy i podjedziemy tam” – usłyszeliśmy ostatecznie. „W sumie, to czemu nie?”-wypaliłam, Vitalij przytaknął i rozpoczęliśmy kolejną przygodę. 

środa, 28 listopada 2012

Autostopem do Goris - podróż w czasie.

Uwaga! Ten wpis, jest kontynuacją tego wpisu!


Autostopowanie rozpoczęliśmy w sobotę 17.11 z samego rana. Najpierw musieliśmy się przedrzeć przez miasto, co do łatwych rzeczy nie należało, by w końcu wylądować na drodze wiodącej z Erywania na południe Armenii. Z racji tego, że w tym kraju nie ma niezliczonej liczby dróg, to mogliśmy wsiadać do każdego samochodu, bo wszyscy przynajmniej przez jakiś czas swojej podróży zmierzali w kierunku Goris.  Pierwszy autostop złapaliśmy niemalże w locie, bo ledwo co wysiedliśmy z autobusu, a już nas przyuważono. Usadowiliśmy się więc wygodnie i ruszyliśmy w drogę z Arszakiem i jego mamą. Oboje doskonale mówili po rosyjsku, więc trochę sobie podyskutowaliśmy. Mama Arszaka opowiedziała nam o wojnie z Azerbejdżanem i o tym, jak dobrze jej się żyło w czasach Związku Radzieckiego, co z mojego punktu widzenia było ciekawym doświadczeniem. Jazda w ich towarzystwie miała jeszcze jeden plus – Arszak zatrzymywał się wszędzie, gdzie tylko pisnęłam z zachwytu, będąc pod wrażeniem widoków, więc w sumie co chwilę i dzięki temu mogłam pstrykać zdjęcia do woli. A było czemu – cała droga na południe wiedzie przez góry, czasami wręcz wrzyna się w  ogromne skały, tak ogromne, że człowiek zaczyna czuć jak malutkim go stworzono. 

.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...