wtorek, 27 listopada 2012
Autostopem do Tatev - wstęp.
Rzadko nie mogę opanować myśli przed snem. Najczęściej o
wszystkim myślę świadomie, jednak raz na jakiś czas dopada mnie coś, co
nazwałabym pokazem zdjęć, które udało się zrobić mojemu mózgowi, podczas
jakiejś długo wykonywanej czynności. Pamiętam, jak raz przytrafiło mi się coś
takiego kilka nocy z rzędu w podstawówce, gdy dzielnie wyszywałam pracę na
konkurs. Nic innego przed snem wtedy nie oglądałam, jak kanwę i wyszywane
wzory. A w nocy notorycznie śniło mi się że jestem w labiryncie i uciekam przed
wściekłą, olbrzymich rozmiarów igłą z nitką. ^^ Innym razem nie mogłam zasnąć
bo w głowie miałam irytujący obraz truskawki – akurat był sezon i przez pół
dnia je zbierałam. Ale ostatnio, gdy mój umysł bez pytania o zgodę zaserwował
mi pokaz zdjęciowy, to była to przyjemna sprawa – góry, góry, góry i piękny
zachód słońca. Wszystko to, co oglądałam przez cały dzień. Wszystko to, co było
tak piękne!
poniedziałek, 26 listopada 2012
Uwaga! W tym poście daję upust swoim emocjom!
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Właśnie tak brzmiała moja reakcja, gdy po dwudniowej nieobecności na blogu zobaczyłam, ile osób przeczytało w tym czasie post o pocztówkowej akcji!!!! Wszystkim, którzy chcą nas wesprzeć, przeogromnie dziękuję! Może się wydawać, że mam jakiegoś bzika na punkcie tego projektu, który jest tylko pocztówkową inicjatywą, a nie akcją ratującą ludzkie życia. Ale... ale ja znam te dzieci i wiem, jak bardzo one chcą mieć kontakt ze światem. Jak bardzo ciekawe są jak wygląda życie w innych miejscach niż ich malutka, zamknięta od wschodu i zachodu, Armenia. Dlatego jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję!
Właśnie tak brzmiała moja reakcja, gdy po dwudniowej nieobecności na blogu zobaczyłam, ile osób przeczytało w tym czasie post o pocztówkowej akcji!!!! Wszystkim, którzy chcą nas wesprzeć, przeogromnie dziękuję! Może się wydawać, że mam jakiegoś bzika na punkcie tego projektu, który jest tylko pocztówkową inicjatywą, a nie akcją ratującą ludzkie życia. Ale... ale ja znam te dzieci i wiem, jak bardzo one chcą mieć kontakt ze światem. Jak bardzo ciekawe są jak wygląda życie w innych miejscach niż ich malutka, zamknięta od wschodu i zachodu, Armenia. Dlatego jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję!
Kolacyjka...
-Nieprawda! Łukaszewicz był Ormianinem!
-Nie mam pewności, nigdy nie trafiłam na taką wzmiankę. –
dyskusja po rosyjsku trwała już od kilku minut.
-Ja mam! Jego prawdziwe nazwisko to „ Lukasjan”!
-Może i tak, ja naprawdę nic o tym nie wiem. –
powiedziałam mając nadzieję, na zakończenie nieprzyjemnej rozmowy. Nie tak szybko jednak dane mi było jeść
spokojnie. Mój rozmówca nie przyjmował mojego „ja nic o tym nie wiem”, jako
znośną odpowiedź. Bo znośna odpowiedź brzmiałaby „Tak, to bardzo możliwe”, a
najlepsza „Oczywiście, że tak”! Ja jednak nie miałam zielonego pojęcia, jak to
było naprawdę z pochodzeniem Łukaszewicza. Wiedziałam tylko, że mądrym człowiekiem
był i dzięki niemu powstały lampy naftowe i cały ten naftowy biznes. Nie
chciałam uparcie obstawać przy swoim, czyli jego polskością, ani przyznawać
racji, po to tylko, by zadowolić gospodarza domu. Znalazłam się więc w
tarapatach.
sobota, 24 listopada 2012
Kak twaja familja? ;)
Dobry żart ostatnio usłyszałam. ;)
Ormianin będący na emigracji w Rosji wziął udział w
teleturnieju wiedzowym… Szło mu nie najlepiej, dopóki nie padło pytanie ”Od
kogo pochodzi człowiek?”. „ Abezjana!” wykrzyczał pierwszy i z całych sił.
Abezjana to po rosyjsku małpa, odpowiedź więc została zaliczona. Prowadzący postanowił
dać słabemu uczestnikowi pole do popisu i zapytał o wyjaśnienie – „Dlaczego od „abezjana?”
Uczestnik odpowiedział – „Bo to był pierwszy człowiek o ormiańskim nazwisku”….
A teraz wyjaśnienie – w Armenii 99,99% nazwisk kończy się
na –yan. Jest tylko kilka nazwisk, które kończą się na „c” lub „ov”. Naprawdę
kilka. Ja nikogo takiego nie znam, a moi znajomi zapytani o to, też przyznawali,
że nikogo nie znają, lub znają jedną, góra dwie osoby. Także prezes mojej
organizacji na nazwisko ma Simonyan, mentorka – Tangyan, koordynatorka EVS –
Abovyan, rodzina z którą mieszkam to Loryan, a najśmieszniejsze nazwisko z
którym się spotkałam to Babajanyan - babadżanjan. ;) Można pomyśleć – super, to im pozwala jeszcze bardziej czuć , że są „wspólnotą”.
To prawda, ale uwierzcie mi… z perspektywy obcokrajowca, stawiającego pierwsze
kroki w Erywaniu, fakt, że nazwy większości ulic kończą się na –yan, w niczym
nie pomagał. ^^
piątek, 23 listopada 2012
Poautostopowo - Festiwal Animacji
Całe szczęście, że nie miałam ostatnio czasu pisać
postów, bo zupełnie zapomniałam o tym, że po powrocie z Musaler, zrobiliśmy
sobie z Bartkiem małą przerwę i później ruszyliśmy do kina, bo od kilku dni już
trwał Festiwal Animacji. Gdybym sobie tego nie przypomniała, zmuszona bym była
zaburzyć chronologiczny układ wydarzeń. ;)
poniedziałek, 19 listopada 2012
Autostopowo - Musaler
Wioska Musaler nie jest jakimś przesłynnym punktem na
mapie Armenii. Przewodnik Lonely Planet nawet o niej nie wspomina, Bezdroża za
to bardzo mnie zainteresowały pisząc, że znajduje się tam pomnik upamiętniający
niezwykły wyczyn mieszkańców miejscowości Musa Ler ( turecka nazwa to Musa Dagh), którzy w trakcie Ludobójstwa Ormian stawiali
opór przez 53 dni. Ponoć przetrwali pomimo braku zapasów wody i żywności, a w
celu dodawania sobie otuchy bawili się przy dźwiękach bębnów i surmy.
Ostatecznie z opresji uratowani zostali dzięki okrętom francuskim i brytyjskim,
które ewakuowały ich do Port Saidu w Egipcie.
niedziela, 18 listopada 2012
Autostopem do Zvartnots
Ci z Was, którzy śledzą mnie już od jakiegoś czasu na
pewno nie będą zaskoczeni, gdy napiszę, że 4.11 minęły już dwa miesiące odkąd
po raz pierwszy postawiłam swoją stopę na Armeńskiej ziemi. Nie było chyba
lepszego sposobu, żeby to uczcić, niż ruszyć się gdzieś autostopem w
towarzystwie Bartka – pierwszej osoby, z którą się zapoznałam w Armenii, tuż po
przylocie, jeszcze na lotnisku. :) Oczywiście ja jestem tak roztrzepana, że nie
do końca się zorientowałam co do „święta” i dopiero Bartek mnie ostatecznie
uświadomił, podczas naszego ‘lunchu’ już
w ruinach Zwartnots, które były celem naszej wyprawy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)