Po kilku dniach spędzonych w gościnie u innej wolontariuszki Gabrielle, nadszedł wreszcie moment, gdy tak jak i we wrześniu musieliśmy z Martinem "wynieść się" do hotelu, w którym odbywał się nasz trening. Nie inaczej niż poprzednio czekała tam na nas grupka ludzi - innych wolontariuszy. Niektórzy byli nam już znani, innych widzieliśmy po raz pierwszy, jakkolwiek na spotkanie z każdym z nich ekscytowałam się jak szalona - tak bardzo uwielbiam ludzi! ;) Trening sam w sobie nie był aż tak ciekawy, niestety, ale opierał się głównie na słuchaniu smutnych opowieści wolontariuszy zawiedzionych wyglądem ich EVSu, a ku mojemu zdziwieniu było ich tam naprawdę wielu. Cóż, Kaukaz jest specyficznym rejonem, jeśli chodzi o pracę na rzecz społeczeństwa... Chyba właśnie żeby nam wynagrodzić nasze trudy i cierpienia trenerzy znaleźli w budżecie szkolenia jakieś "wolne" pieniądze i zabrali całą naszą grupę na zwiedzanie - część z nas wybrała Galerię Narodową, a druga część ( w tym ja) wybrała Muzeum Narodowe. Ja osobiście nieźle się odnajduję w muzealnych klimatach, wizyta ta sprawiła mi więc przyjemność, ale Martin prawie zanudził się na śmierć. :)
Czaszka tygrysa szablozębnego. :) |
Gałązki winorośli w oprawie ze srebra. :) |
Akurat w tamtym momencie w muzeum można było również oglądać wystawę Łotewskich strojów ludowych - ku mojej uciesze, bo udało mi się znaleźć strój z Gulbene - miejscowości, w której kilka lat temu byłam na wymianie uczniowskiej. :)
Na wypadek, gdyby kogoś to zastanawiało dodam również, że "grupa galeriowa" też była zadowolona z wypadu. :) Oprócz tej wyprawy dzięki treningowi mieliśmy też okazję po raz kolejny wziąć udział w suprze, ale tym razem potańczyliśmy z Gruzinami trochę dłużej, a mi udało się nawet zamówić polską piosenkę u "grajka", o dziwo miał coś innego niż "sto lat" - zaserwował nam "Hej sokoły"! :) Niestety na jednej się skończyło, bo pan zaczął sobie życzyć 5 euro za kolejne zamówienia. :)
Cechą charakterystyczną tego pobytu w Tbilisi były też wieczorne spacery, podczas jednego wylądowaliśmy
na 'szklanym moście', który właśnie wtedy okupowany był przez ekipę nagrywającą reklamę świąteczną. Ubaw mieliśmy po pachy. :)
![]() |
Kocham zdjęcie Martina drapiącego się w głowę pod tym wielkim obrazem. :D
OdpowiedzUsuńA tej clock tower to sama też nie znalazłam, dopiero Margo mi ją pokazała... to chyba oznacza, że nie da się tam trafić inaczej niż z miejscowym przewodnikiem. ;)
Tygrys i pierścionki też są niezłe. <3
OdpowiedzUsuńDajana, potrzebuję maila do Ciebie :) Mam bardzo nietypową prośbę odnośni Erewania, a nigdzie maila znaleźć nie umiem.. Odezwij się proszę na tadpap@onet.eu
OdpowiedzUsuńJuż się odzywam. ;) Nic dziwnego, że mail nie został znaleziony - ja gapa jeszcze nigdzie go nie umieściłam. ^^
Usuńprzepiękne te złote wyroby!
OdpowiedzUsuńBlog o życiu & podróżach
Blog o gotowaniu